Człowiek nie maszyna wypoczywać musi… Pierwszy wolny weekend w pracy,
ładna pogoda, a i samopoczucie po smarkatych dniach już jakby lepsze.
Nic dziwnego, że w przypływie radości zachciało mi się rozerwać swoją
dziewczynę… najprościej byłoby zrobić to jak ten szary o kilkudziesięciu
licach, kiedy jego wybranka rozlatywała się na miliony kawałków… albo
kupić jakiś granat, ale ani jak bogaty i piękny, ani ja piroman
:)
Zachciało mi się po prostu na spontanie zabrać Monię w miasto!! Nasze
auto troszkę zaniemogło, więc postanowiliśmy użyć miejskiego transportu,
do przystanku mamy blisko.
Ponieważ starówka w Warszawie pokryta jest
brukiem to zdecydowałem się posadzić zadek na elektrycznym wózku. Plus,
że drogę mogłem pokonywać sam na czterech kołach, a nie dwóch prowadzony
przez Monię. Minus to akumulator i jego marny już zasięg. Słabe baterie
wymuszają przemyślenia planu miejskiej podróży i ograniczenie ruchu kół
własnego fotelika.
Pełni animuszu stanęliśmy z Moniką na
przystanku… animusz nieco spadł, gdy przyjechał autobus, a ludzi z
sekcji, gdzie wjeżdża wózek inwalidzki przymurowało do podłogi. Kierowca
uznał, że w takim przypadku kulawy ma pierwszeństwo i zaczął „namawiać”
jedną z dwóch mam z dzieckiem w wózku do opuszczenia autobusu… beton
pod butami innych pasażerów trzymał mocno. Mnie się głupio zrobiło i
chciałem wysiadać, ale dzielne dziewczyny jakoś wymanewrowały pomiędzy
żywymi słupami i zmieściliśmy się wszyscy:)
Postanowiłem sobie w
myślach, że dziś nic nie zmąci mojego spokoju… spokój zachwiał się
nieco, gdy po wyjściu z autobusu jedyna winda w tym miejscu przywitała
nas informacją „Przepraszamy awaria windy” … kartka aż brudna ze
starości… tutaj utknąłem już nie pierwszy raz- przypomniałem sobie.
Przeszkodę pokonałem… rajdem na przełaj jednej z największej ulic
Warszawy odprowadzany wzrokiem ludzi w samochodach.
Przejechałem,
nic mnie nie rozjechało, więc parliśmy dalej do celu. Wskoczyliśmy do
metra ustawiliśmy się na peronie i… zachciało mi się… odwrót, zmiana
piętra windą (dobrze, że działała), poszukiwania kibelka z ludzikiem na
kołach… sprawa robi się pilna… jest... ulga!! A właściwie byłaby, gdyby
nie widok, który zastałem wewnątrz WC… barierki są… cokolik jest…
postument też to teraz jeszcze tylko posadzić tam jakąś postać… może być
nawet jakaś osóbka
:)
Cokolik na zdjęciu wygląda mniej okazale niż na żywo, ale jak mu się
przyjrzałem to skojarzył mi się nawet z progiem skoczni narciarskiej…
wyobraziłem sobie nawet Tajnera… ajjjjjjj jak on do mnie wredny machał
tą flagą!!!
Oszczędzę szczegółów i tylko napiszę, że i ta bariera
została pokonana. Drzwi WC zamykałem za sobą z uśmiechem… już sam nie
wiem czy szczęścia z kontynuacji naszego relaksacyjnego wypadu czy ulgi z
pozostawionych za sobą spraw.
Po chwili byłem znów na peronie metra
i czekałem na podziemny pociąg. Kiedy przyjechał zaskoczyła mnie
odległość i różnica poziomów pomiędzy peronem a wagonem…, ale niewiele
czekając postanowiłem wziąć przeszkodę tyłem… utknąłem pomiędzy…
czterech rosłych facetów wciągnęło mnie na pokład… ja i wózek
elektryczny to blisko 200kg (czekam już na mój nowy wózek z kołem na
teren… elektrykiem już nigdy nie jadę!). Trochę mi było głupio, więc już
sam nie wiem czy teraz uśmiechałem się czy rozciągałem usta, żeby nie
wyglądać beznamiętnie jak większość naszych rodaków??
Wyjście poszło prościej i hop… niedługo potem spacerowaliśmy po starówce
:)
Moją uwagę zwróciły ruchome postacie z Misia Puchatka, które zachęcały
dzieci do zdjęć z nimi samymi. Skoro zdjęcie z balonami było po 10zł… to
oryginalna postać mogłaby… ile zarobić?
Przez chwilę pomyślałem o Moni i
Mai… pszczoły mają przecież fajną pracę… latają, bzykają i nektar
zbiegają… i wystraszyłem się, że od tej roboty na powietrzu może Moni
znudzić się to środkowe… Porzuciłem pomysł!!! Kostka brukowa na
starówce na elektryku nie sprawia zbytniego trudu, dostarcza tylko
wibracji i naturalnego masażu dla wnętrzności (dobrze, że byłem na
„cokole”), ale nie nawierzchnia była już najważniejsza. Była piękna
pogoda, ciepło i odprężająco… fajnie z żoną u boku… nie żałowaliśmy
trudów dotarcia w to miejsce. Spacer po Starówce był po prostu cudny…
architektura, Syrenka, Barbakan.
Monia postawiła mi loda… ja Jej
pierogi… bez skojarzeń proszę
;)
:)!!!
Nie będę robił antyreklamy, bo wybraliśmy tanie miejsce, ale pierożek z
mięsem powinien w otulinie z ciasta zawierać go troszkę.
Potem
ruszyliśmy na Podzamcze… musiałem zacząć oszczędzać baterię, więc z góry
sprowadzała mnie Monia... tak na luzie..., bo odłączyła silniki. Luz
się zakończył, gdy trzeba było wracać się dokoła, zatrzymały mnie schody i
tyle zaoszczędziłem prądu
:)
Monia poszła schodami, więc spotkaliśmy się na Podzamczu, gdzie w
ramach odpoczynku wstawiliśmy mordki do słońca siedząc na świeżo
skoszonej trawie.
Gdy zaszło słońce za drzewami ruszyliśmy w krótki rajd
koło fontann, a potem już prawie prosto nad Wisłę i jej Bulwary. Prawie
prosto, bo odbiliśmy się od drzwi kolejnej niedziałającej windy i
nadrobiliśmy kawałek drogi na żrących prąd silnikach wózka grrrrrr…
Kilka chwil w ramionach Moniki znów przywróciło „kocham cały świat” w
moim pokojowo nastawionym umyśle. Spędziliśmy tu z godzinę, a potem
powoli ruszyliśmy w drogę powrotną.
Zaczepiliśmy o Arkady Kubickiego,
gdzie poznaliśmy sympatycznego Karela z Brna, który podróżował na jednym
kółku.
Następnie ulica Grodzka w górkę… akumulatory łapały już opary… z
chodnikiem zastawionym w kilku miejscach rzuconą kupą żelastwa barierek
przygotowanych na poniedziałkową, comiesięczną fiestę prezesa K… Ominąć
nie sposób, Red Bull nie dodał mi skrzydeł, więc zjechałem z wysokiego
krawężnika elektrykiem omal nie zaliczając gleby!!
Wreszcie zobaczyłem
schody ruchome na Trasie W-Z. Winda jadąca pochyło wyprowadziła nas
ponownie na Stare Miasto, skąd udaliśmy się do stacji metra.
Znów
utknąłem pomiędzy peronem i wagonem, ale mięśnie Moni i starszego Pana
wyrwały mnie z opresji. Jeszcze tylko pół godzinki w oczekiwaniu na 517
niskopodłogowe i siup… byliśmy znów w domu!!
Na koniec napiszę
szczerze… to był świetnie spędzony dzień, bo z Moniką trudno się nudzić i
w ogóle pęknie jest spędzać czas we dwoje. Starówki nie będę porównywał
do innych miejsc, ale podziwiam ją zarówno za wygląd jak i trud z jakim
zmierzyli się Ci co ją odbudowali z pyłu i gruzu. Dobrze jednak, że nie
zdarza mi się konieczność pokonywania miasta samemu, miejski rajd może
być męczący dla ludzi na nogach, ale dla kulawych to nie tylko fizyczne
zmęczenie… to próba charakteru i logistycznych umiejętności!!
Pozdrowienia, miłego dnia i duuuuuuuuużo uśmiechu dla WSZYSTKICH!