czwartek, 29 listopada 2012

odnosnie...

ad. pod spodem...
Może wstanę kiedyś na nogi.... może nie doczekam... jeśli nauka, Bóg pozwoli choćbym żebrał na ulicy podejmę walkę... dla siebie...dla bliskich....jeśli nie...hmm wezmę z życia tyle ile to możliwe...

Jest jak jest



Moje zdrowie
Kiedyś myślałem, że jestem niezniszczalny… zniszczyłem sobie kręgosłup… zniszczony kręgosłup zniszczył moje życie… tak myślałem, ale dziś wiem, że on je (tylko-aż) zmienił… zmienił… wiem to choćby po dzisiejszym wieczorze…
-Kocham cię… jestem bardzo szczęśliwa… o takim mężu marzyłam…- powiedziała Monia
I cóż, że czasem pod górę i wiatr w oczy…
Nie lubię o tym pisać, ale wiem, że kilka osób (np. Ewcia) wpada tu zerknąć jak się sprawy mają u Osóbków.
Jak wyżej… ciężej jechać czasem oczy się „pocą” czasem ze smutku, czasem ze śmiechu. Gdybym mówił o nas? Jest hmm mówią o tym tak- „Dobrali się jak w korcu maku”… Tak, dwoje ludzi, którzy jak smutek to we dwoje… jak radość też razem, ale często dzielona z przyjaciółmi. A zdrowie? Zdrowie… różnie… kłopot z kolanem chwilowo zażegnany… chyba… póki, co nie boli i noga ciut chudsza. Jeśli wierzyć lekarzom to konsekwencje złamania nogi się odzywają. Nawet mi się mówić nie chce, ale dwóch lekarzy sugerowało mi wyjęcie złomu z uda, bo może odczyn alergiczny albo namnażający się „skarbiec” złotego gronkowca przy płycie… oby nie mojego g……a. Chciałbym powiedzieć chrzanię to… Tylko Monia woły zaprzęga… i pogotowie… szpila w kolano… płyn z niego…”panie Tomku sugeruję usunięcie szyny”… antybiotyk… i tak cóż… do następnego? Usunąć nie można… Tak więc chrzanić to… i do następnego… kiedyś marzyłem o tym żeby bolało… byłem głupi… chrzanić trzeba się przyzwyczaić…
A poza tym… poza tym… jest…

wtorek, 27 listopada 2012

Przypadek czy...



Jak dużo w naszym życiu zrządził przypadek? Wydaje się, że czasem jedna chwila, nieoczekiwana zmiana planów, nieodebrany telefon czy wiadomość, inna osoba spotkana choćby na spacerze i nasze życie toczyłoby się zupełnie inaczej. Pomyśleć, że jest tak wiele dróg, niezliczona ilość opcji niczym przewrotna loteria, w jakiej udział serwuje nam przewrotny los. Jakiś tajemniczy konsul uśmiechając się przebiegle dał nam wizę i paszport do obcego oraz nieznanego nam kraju.
Czasem zastanawiam się, co by było gdyby… pewnie Wy też, bo któż oglądając się za siebie nie znajdzie choćby jednego szczegółu, który nadałby naszemu życiu lepszy kierunek.  Hamuje tylko strach przed nieznanym-nowe życie, nowe opcje, nowe wybory, konsekwencje, których nadal nie znamy. Czy tak jest? Może jednak wyboru nie mamy, istnieje dyżurny, który wyznacza nam podróż z punktu A do punktu B, a rozkład jazdy, plan podróży i miejsca, które zwiedzimy zależy tylko od NIEGO. Wprowadza poprawki przestawia ten czy inny semafor, aby kierunek jazdy zbliżał nas do celu. Przerzucając w pamięci wszystkie istotne punkty swojej życiowej podróży często odnoszę wrażenie, że układają się w jakiś logiczny rozkład jazdy. Musiało wydarzyć się jedno żeby spotkało drugie. Gdyby tylko istniał jakiś klucz, który umożliwiłby wprowadzenie małych korekt pozwalających ominąć te złe konsekwencje. Osobiście ominąłbym tylko parę zakrętów, bo przecież jest wiele pięknych „miejsc”, które odwiedziłem, w których jestem, choć drogi, jakimi tam dotarłem nie były ani łatwe ani przyjemne. Z drugiej strony złe i dobre przygody sprawiają, że jesteśmy bardziej doświadczeni, mądrzejsi… lepsi?? Chciałbym żeby każdy z nas miał swoją krainę szczęśliwości, do której wcześniej czy później i tak dotrze!!

czwartek, 22 listopada 2012

Maksyma




Tydzień temu byłem na urodzinach. Nasz jubilat dostał prezent od swoich współpracowników- koszulka, na której były wypunktowane pewne hasła, których on sam często używa podczas rozmów i konsultacji. Jedno z nich spodobało mi się szczególnie. Tak się składa, że niemal każdy z nas mniej lub bardziej świadome czyni to bardzo często nawet w najprostszych sprawach, jakie w swoim życiu napotykamy każdego dnia. Co prowokuje nas do tego, aby tak często poddawać się nawet nie próbując swoich możliwości czy sił w danej sprawie. Wymówek jest pełno… i tak się nie uda albo nie ma szans żeby to przeszło itd. Z góry zakładamy porażkę. Weźmy przykład negocjacji w sprawie sprzedaży samochodu. Wiemy, że jest dobrze utrzymany i wart pewnej kwoty… niestety przeglądając inne ogłoszenia szybko stwierdzamy, że nasza cena jest nieco wyższa od pozostałych. Udaje nam się znaleźć potencjalnego klienta i co robimy w pierwszej kolejności? Mimo, że nie spotkaliśmy się z kupcem nie zamieniliśmy z nim ani słowa stwierdzamy
- Nie no za tyle co zakładałem to on nie pójdzie…
Właściwie nie zaczynając jeszcze rozmów już jesteśmy skłonni obniżyć swoją cenę. To przekonanie sprawia, że owszem udaje nam się sprzedać nasz wypieszczony samochód, ale kwota, o której myliśmy na samym początku bez słowa poszła w zapomnienie.
Tu przytoczę ową mądrą maksymę i mniemam, że spodoba się ona Wam tak jak mi „ NIE NEGOCJUJ SAM ZE SOBĄ” Wracając do przykładu samochodu założenie z góry, że nie uda nam się sprzedaż w pierwszej wersji cenowej nim jeszcze zaczęliśmy negocjacje sprawia, że na pewien sposób przegraliśmy je. 
Druga wypunktowana maksyma to "NEGOCJACJE SĄ JAK STRIPTIZ", a tu wiemy im wolniej się odsłania tym lepszy efekt... zatem zdejmujmy wolno "ciuszki" nim odsłonisz wszystkie atuty. Nigdy nie pokazujmy wszystkiego już na wstępie.
Jak często porzuciliśmy jakiś projekt tylko z braku wiary w powodzenie? Ileż negocjacji przegraliśmy nieświadomie? Hmm z doświadczenia powiem, że było ich parę. Obiecałem sobie jednak, że już nigdy nie zapomnę tej sentencji i przynajmniej spróbuje swoich sił!!! A Wy kochani??

poniedziałek, 19 listopada 2012

To już się nie wróci.




Sięgam w pamięci do czasów, gdy beztroska była czymś absolutnie naturalnym. Rodzice wysoko nad głową będący zarówno opoką bezpieczeństwa jak, policjantem zbyt krewkiego charakteru i nieprzemyślanych zabaw. Pomimo tego była to epoka inna niż w dzisiejszych latach. Rodzice zaprowadzali raz do szkoły w pierwszej klasie, a później z bagażem nakazów i przestróg chodziło się już samemu w niebieskim mundurku z przypinanym białym kołnierzykiem z wielkim tornistrem na plecach i kluczem na szyi. Samochody na baterie sterowane falą radiową tylko w zagranicznych gazetkach, a w TV „Czterech pancernych i pies”. Zabawek w ogóle było mało za to inwencja twórcza w małych główkach ograniczona tylko pomysłowością. Szpada z patyka i z nakrętki od słoika, chroniąca przed bliźniaczą kopią w ręku kolegi oraz scenki z pod gwiazdy płaszczyka i szpady. Z roli muszkietera przechodziło się błyskawicznie w postać Janka czy innego czołgisty niezniszczalnego Rudego 102. Wystarczyło tylko ową szpadę przerobić na karabin przywiązując sznurek tak, aby mógł wisieć na plecach podczas marszu, kępki trawy wyrywane z ziemią na korzeniach świetnie zastępowały granaty. Tutaj znajdowały też swoją rolę dziewczyny, które od tego momentu nosiły imiona Marusia, Lidka czy Honorata. Biegaliśmy po lesie godzinami i o dziwo wracając na kolację nikt nie zastawał rodziców rwących włosy z głowy ze zmartwienia o swoje dzieci, teraz już tylko podobne do siebie z powodu kurzu i piachu od stóp do głów. Kąpiel była udręką z powodu podrapanych nóg od krzewów jeżyn i pozdzieranych kolan… szczypało niemiłosiernie… To, co dawniej było największą karą (szlaban na wyjście z domu) dzisiejszym dzieciakom po prostu mówiąc kolokwialnie „zwisa”- mają w nich swój świat… wirtualny świat. Nie zamieniłbym ani jednego dnia swojego dzieciństwa na ich dzień z laptopem na kolanach. Ehhh upalny dzień, łąka zalana żarem od słońca, dźwięk latających pszczół i miliona koników polnych- piękna zapomniana melodia!! Zimą zaś sanki, mokre kozaczki i spodnie, aż sztywne od śniegu i zamarzającej wilgoci. Dziś patrzę na dzieci odwożone i odbierane samochodem ze szkoły biegające pod blokiem jednak z niewidzialną smyczą wzroku rodzica baczącego na wszystko. Plastikowe śliczne zabawki z atestem zapewniające maksimum bezpieczeństwa… tak… gdzie to się ma do szpady z patyka i pokrywki od słoika, którą trzeba było zardzewiałym gwoździem i kamieniem przebić tak, aby weszła na patyk do samej rękojeści?
Teraz dzieci są bogatsze lepiej ubrane i w większości zaprogramowane przez rodziców właśnie na sukces w dorosłym życiu. Tak, więc zamiast wściekać się na podwórku odbierają wszelkiego rodzaju korepetycje, spełniają ambicje swoich rodzicieli. Czy nie odbiera im się tego szczęścia, którym nas nasze czasy tak szczodrze obdarowały. Tej radości z glutem po pas i obdartymi kolanami- to było dzieciństwo!!
Lata ciut starsze, gdy pierwsze lekcje erotyki odbierało się podglądając zakochane pary z krzaków… pocałują się czy nie? Nie daj Boże pogonią zaciekawionych młodocianych gapiów. Dreszcz emocji, gdy nieśmiało ze wstydem łapało się dziewczynę za rękę, aby przejść się kawałek drogi uskrzydlonym posiadaniem pierwszej dziewczyny… i niewinny cmok pod klatką na pożegnanie. Pamiętacie to kochani? Ja tak, z uśmiechem na twarzy i tęsknotą!